Jutro miną dwa tygodnie od kiedy jestem w szpitalu w Oviedo. Jak można było się spodziewać, jest zabawnie. Jak to w Hiszpanii. (więcej…)
- Strony
- Archiwa
- Sponsorzy
- Wsparcie
- Wspinanie
- Meta
wspinanie.pl
25 sierpnia 2011
23 sierpnia 2011
Ogromne podziękowana
Witam serdecznie.
Po pierwsze chciałbym niezwykle mocno podziękować wszystkim za wsparcie, którego udzieliliście mi w ostatnich dniach zaraz po wypadku.Było to bardzo budujące i dodało mi masę pozytywnej enegrii.Dziękuję bardzo.
Obecnie jestem w bardzo pozytywnym nastroju bo przede wszystkim ŻYJĘ:)))))Proste ale logiczne i raczej nie zadręczam się problemami typu dlaczego itd. tylko myślę o tym jak najszybciej i najkorzystniej to rozwiązać. Po kolei.
10 sierpnia 2011
Obraju
Udało się zrobić Obraju :)).
Dłuższa relacja niebawem.
Pozdrawiam
6 sierpnia 2011
Urriellu
Po nie krótkiej podróży przez Francję i Hiszpanię dotarliśmy do Picos de Europa.
Przez ostatni tydzień stacjonowaliśmy obok schroniska pod Urriellu nazywanym również Naranjo. Szczęśliwie pomimo braku konkretnego planu dość szybko daliśmy radę zorganizować się i skupić na dwóch celach.
Zachodnia i północna ściana Urrillu mają 500 metrów wysokości i do połowy przewieszają się w mniejszym lub większym stopniu. Większość dróg na tych ścianach powstawała w stylu hakowym. Generalnie ten styl wspinaczki jest tu bardzo popularny. Czasami sprowadza się on jedynie do przepinania między nitami albo spitami. Innymi razy wymaga bicia haków między drewniane kołki, albo wiszenia na tzw. „leadhead’ach”. Czymś na kształt placków z ołowiu precyzyjnie rozwałkowanych na ścianie, z których wystają cienkie stalowe linki. Inaczej mówiąc bywa zabawnie.
Wiele dróg na zachodniej ścianie zostało już uklasycznionych. Natomiast najbardziej przewieszona część północnej ściany i całego Naranjo nadal nie posiada klasycznego przejścia. Na jej bokach znajdują się takie drogi jak „Pilar Cantabrico”, czy „Obraju”, jednak jej główne spiętrzenie nadal pozostaje w pewnym sensie „dziewicze”.
Nico wyciągnął mnie w tę podróż, żeby spróbować jedną z linii, które wypatrzył właśnie w głównym spiętrzeniu Naranjo. Celem miało być albo uklasycznienie jednej z istniejących tam hakówek (wycenione na A4 i A5 – na marginesie przejście tej drugiej miało miejsce zimą i zajęło autorom 69 dni), albo poprowadzenie własnej niezależnej drogi. Ale jak już pisałem jest to tylko jeden z celów. Drugim okazało się „Obraju” – droga braci Pou z 2009 roku, nazwana w tamtym czasie „najtrudniejszym Big Wall’em na świecie”. Nietypowe jak na drogę, która w zasadzie kończy się po 5 wyciągach ale coż, takie subtelne błędy się zdarzają.
„Obraju” znajduje się na przełamaniu zachodniej i północnej ściany Naranjo. Przez pierwsze 3 wyciągi (3 i 4 łączy się w jeden) prowadzi niezależną linią, która bracia wyposażyli w spity. Następnie łączy się z drogą „Mediteraneo” – hakówką wycenioną bodajże na A3. Pierwszy wyciąg po połączeniu wyceniony został na 8c+/9a, co w rzeczywistości jest jedną z najwyższych wycen jeśli chodzi o wyciąg pokonany w górach. Droga z dołu wygląda bardzo ładnie i co dla nas jest korzystne, znajduje się blisko miejsca, w którym znajduje się nasz drugi cel. Pewnie z obu tych powodów, a także z ciekawości co do tego jak wyglądają trudności, dzień po przejściu „Diretissimy” na zachodniej ścianie, spróbowaliśmy swoich sił na „Obraju”.
Dziś jesteśmy na dole w skałkach. Czekamy, aż zalepią się dziury w palcach, i gromadzimy zapasy żywności na kolejne dni pod Urrielu. Na „Obraju” byliśmy dwa razy. Oba w pięknej pogodzie i oba owocne, jeśli chodzi o wspinanie na najtrudniejszych wyciągach. Urwaliśmy kilka chwytów, a przy okazji zjazdów w dół przyjrzeliśmy się dokładniej skale obok z myślą o klasycznym przejściu. Zrobiliśmy też pierwsze dwa wyciągi będące połączeniem dwóch sąsiadujących obok „Obraju” hakówek. Nie obyło się bez przygód, bo jednak kiepscy z nas „hakmeni”. Okazało się na przykład, że najtrudniejsze miejsca na wyciągu za A3 najlepiej przechodzi się klasycznie.
Tyle na teraz, ale zapraszam gorąco do skromnej galerii.
Pozdrowienia.
22 lipca 2011
W drogę

Przyszła pora żeby pożegnać się z Chamonix. Po ponad dwóch tygodniach na miejscu, z okresami dobrej pogody i okresami absolutnej zlewy nadjechał niebieski van, który zabierze mnie dalej w świat.
Zaraz po zawodach… nie wspinaliśmy się. Nie będę tłumaczył dlaczego, ale można przyjąć że pogoda była zła. Dzień później razem z Maćkiem Ciesielskim wjechaliśmy na Aguille du Midi. Plan zakładał pozostanie na miejscu co najmniej dwa dni. Według wszystkich prognoz dobra pogoda miała utrzymać się dokładnie dwie doby. Następnie zapowiadane było załamanie pogodowe, porównywane z powrotem zimy na Valle Blanche.
Po wylądowaniu na stacji kolejki Aguille du Midi (inaczej nie mogę tego nazwać, bo miejsce to jest równie abstrakcyjne jak stacja kosmiczna), ustawiliśmy się w kolejce do zejścia na Valle Blanche. Związany liną z Maćkiem mogłem się poczuć całkiem swojsko w tym rządku osób schodzących na lodowiec. W końcu tak samo jak i większość z nich szedłem pod okiem „przewodnika”.
Rozbiliśmy namiot, ułożyliśmy sprzęt i na pierwsze wspinanie ruszyliśmy pod… trudno nie zgadnąć Aguille du Midi. Jeszcze w zejściu na lodowiec wypatrzyłem w górnej części ściany formację, przez środek której przechodziła idealna rysa. Bardzo chciałem żebyśmy akurat tą rysą kończyli swoją drogę. Jak na życzenie okazało się że nasz wybór, czyli Super Dupont pokrywa się właśnie z tą linią. Nie będę opisywał wyciągu po wyciągu, tym bardziej że część z nich łączyliśmy. Grunt że było naprawdę bardzo miło, świeciło słońce, droga była bardzo ładna a humory nam dopisywały. Na górę wspięliśmy się dość szybko, a zjechaliśmy jeszcze szybciej. Inaczej mówiąc zostało nam dużo czasu do zagospodarowania. Wpierw spróbowaliśmy się w wbić w drogę w „sektorze” obok, czyli na Eperon des Cosmiques. Zniechęceni słabą jakością skały na starcie, przenieśliśmy się jednak z powrotem w sprawdzone miejsce z zamiarem siłowania się z Ma Dalton. Drogę, której kluczowy wyciąg prowadzi rysą na ręce przez środek dachu. Jak można było się tego spodziewać, polegliśmy w dachu i po długich kombinacjach z likwidacją przelotów, wróciliśmy na obiad do namiotu.
W nocy było zimno. Taki smutny fakt. Mieliśmy wstać z samego rana i ruszyć pod Grand Capucin. Obudziliśmy się o dobrej porze, zjedliśmy też dość szybko ale… padliśmy w objęcia morfeusza przy gotowaniu herbaty. Koniec końców z namiotu wyszliśmy po siódmej i dopiero przy grzejącym słońcu ruszyliśmy się wspinać.
Plan alternatywny zakładał drogę na Filarze Trzech Punktów, ale z powodu wiszących po boku od podstawy ściany dwóch masywnych seraków, odpuściliśmy go sobie. Wybór padł na Pointe Adolphe Rey. Ścianę tuż przed „Kapucynem”, sporo krótszą ale z wyraźną rysową linią przez środek. Jak dzień wcześniej: ustaliliśmy, że to jest super linia i na siłę dopasowaliśmy schemat drogi którą mieliśmy robić, do tego co naprawdę nam się spodobało. Już na drugim wyciągu okazało się, że 6a jest trochę nietypowo trudne, a te stanowiska obok prowadzą jakby łatwiejszym terenem. Linia była jednak super i nie było co zmieniać planów. Maciek przewalczył co później się okazało połączeniem dwóch wyciągów za 6c. Ja przebiłem się przez okap za 7a, który według nas miał mieć 5c. Generalnie bawiliśmy się przednie tym bardziej że droga, którą jest wyjątkowo estetyczna i czysta. O ile na Aguille du Midi do asekuracji oprócz ekspresów potrzebowaliśmy zaledwie kilku mechaników, tak tutaj każdy z pierwszych 5 wyciągów nie miał ani jednego stałego przelotu (stanowiska były natomiast gotowe), i wszystko zakładało się „z ręki”. Cholernie ładne wspinanie i jak dla mnie mocno przypominające to z El Capa.
Po 5 wyciągach doszliśmy do końca naszej drogi ale nie końca ściany. W związku z tym połączyliśmy się z linią spitów po lewo, i po kolejnych trzech, tym razem już bardziej płytowych wyciągach, „zatopowaliśmy”. Później nastąpił bieg do domu…
Ponieważ Lolek został na dole na campie, chcieliśmy jeszcze tego samego dnia zjechać do Chamonix. Tym bardziej że zarówno prognozy, jak i chmury rodem z Patagonii przepowiadały masakrę na następny dzień. Pośpiech był wskazany, choć obaj raczej wątpiliśmy w to czy powrót ze szczytu w 3 godziny do kolejki na Aguille du Midi, z pakowaniem namiotu po drodze jest możliwy. Okazało się że jest. Zjazdy zajęły nam 20 minut. Powrót spod ściany do namiotu godzinę z hakiem. A stamtąd na kolejkę już tylko niecałe 40 minut. Ale wszyscy byli szczęśliwi – z Lolkiem na czele.
Następne dni to tzw. Pogoda w kratkę. Tylko, że taką „gęstą”. Generalnie częściej lało niż dawaliśmy radę się powspinać. Jest czwartek a od niedzieli dwa razy byliśmy w skałach. Raz w Bionassay – albo jak to mówili Belgowie „Beoynce”. Swoją drogą bardzo fajny mały rejon sportowy w Valle de l’Arve. Taka mieszanina wapienia z gnejsem i domieszką czegoś jeszcze. Drugi raz bulderowaliśmy z lokalnym Chamoniard – Pawłem. Było super miło i wielkie podziękowania za gościnę i ekstra czas.
Wczoraj przyjechał Nico i dziś pora ruszać drogę. Plany się zmieniły – z różnych względów. Jedziemy do Picos de Europa z pomysłem na otwarcie nowej drogi. Co z tego wyjdzie zobaczymy. Ruszamy po południu .
Do usłyszenia
PS: Poniżej znajdziecie drogi które robiliśmy – cyfra to podstawaJ
Na Aguille du Midi:
- Super Dupont ED 7b, 160m.
Na Pointe Adolphe Rey:
- Coup de Foudre ED 7a, 160m + Total Plook 3 wyciągi 6b,6b,6c+
18 lipca 2011
Po zawodach.
Karuzela zawodów rozkręciła się na dobre, i teraz kiedy dla mnie dopiero co zakończyła się impreza w Chamonix, zawodnicy kończą już swoje zmagania na mistrzostwach świata w Arco w boulderingu. (więcej…)
9 lipca 2011
Chamonix i inne…
No i zaległości blogowe rozrosły się do takiego stopnia, że trudno sensownie nawiązać do tego co dzieje się aktualnie. Po powrocie z Hiszpanii zegar niespodziewanie przyspieszył. (więcej…)
22 maja 2011
Aukcje dla Pawła
Ruszyły aukcje na allegro.pl, które mają na celu pomóc Pawłowi Wyrwie w walce z chorobą. Chciałem gorąco zachęcić wszystkich do udziału w nich i do włączania się we wszystkie inne akcje pomocy dla Pawła. Każdy dzień jest w tej walce ważny.
10 kwietnia 2011
Lato?
Wydawało mi się, że jeżeli wyjadę do Katalonii na początku kwietnia to mogą przydać mi się czapka, rękawiczki. Nawet puchówkę zabrałem. Tymczasem, od tygodnia chowamy się w cieniu i rejony wybieramy głównie przez pryzmat wystawienia na słońce. Największą popularnością cieszą się ściany północne, a tych niestety nie ma zbyt wiele. Kiedy wylatywałem z Polski, dopiero co żegnałem się z zimą i zamierzałem przywitać się z wiosną. Jednak czas dziwnie przyspieszył i teleportowałem się w sam środek lata.
1 kwietnia 2011
Uff…
Strony utrzymywane przez wspinanie.pl. Powered by WordPress. Copyright by wspinanie.pl.




























