Gorąco

Jeszcze niedawno wydawało mi się, że nie mam problemów z działaniem w upałach… Po ostatnich 3 tygodniach pracy przy zawodach w Chamonix i Briancon zmieniam zdanie. Ale nie o upałach będzie.O tym co się działo podczas mojego małego, zawodowego „tour de France” opowiedziałem już w dużej części tutaj. Były to jednak jedne z najważniejszych dla mnie zawodów w tym roku.  Emocji było sporo i wyjątkowo pogoda dała nam szansę.

chamonix

Zanim jednak zacząłem swoją tegoroczną przygodę z Pucharem Świata było bardziej powiedzmy sobie „swojsko”. Najpierw miałem przyjemność działać w Łodzi przy organizacji pierwszych od bardzo dawna zawodów Pucharu Polski Seniorów w boulderingu. „Against Gravity”, bo taką nazwę przybrała seria, jest poniekąd spadkobiercą dawnych „Bouldermonsters” i w założeniu ma skupić środowisko dookoła dobrej imprezy wspinaczkowej. Wydaje mi się, że jak na start to wyszło bardzo dobrze. A jeśli nie byliście to więcej o tych zawodach możecie poczytać tutaj, jeśli natomiast wolicie oglądać zdjęcia to zapraszam na strony wspierających nas fotografów czyli studia „Ukryte w Kadrze” i Szymona Aksienionka. Kiedy skończyły się zawody w Łodzi to w Annecy zaczął się Międzynarodowy Festiwal Animacji. Wydarzenie raczej słabo mi znane (choc bardzo lubię przygody Wallece’a i Gromita),  jadnak silnie reprezentowane przez Łodzian. Dzieki temu z „domu” do „domu” zabrałem się z zespołem WJTeam, któremu jestem bardzo wdzięczny za pomoc i z którym spędziliśmy kolejny tydzień przewijając się przez jeszcze chłodne w tym czasie Annecy.

1 (2)

Później zabrałem się do pracy przy najważniejszych w roku jak dla mnie zawodach i tak, z krótką przerwą na jednodniowe wspinanie z Maćkiem Ciesielskim (też prawie już tradycyjne), lipiec minął jak z bicza strzelił. W chronologicznym porzadku wygladalo to nastepujaco. Najpierw, na poczatku miesiaca działaliśmy z dużym wyprzedzeniem w Briancon. Te zawody trzeba nakręcać wcześniej bo tuż przed nimi rozgrywany jest Puchar Francji Juniorów i Mistrzostwa Francji Weteranów. Trudno się pracuje nie do końca znając poziom czołowej stawki, i używając kolejny rok z rzędu tych samych „narzędzi”. Z jednej strony nie czuje się tego znajomego „napięcia” pod koniec pracy bo wszystko ma się wydarzyć dopiero za jakiś czas. Z drugiej walczy się z tym żeby wśród znanych sobie dobrze chwytów i struktur znaleźć coś odmiennego, choć wiadomo że styl dróg i ogólnie zawodów pozostanie niezmieniony. W Briancon miałem okazję pierwszy raz pracować z Alberto Generro, jednym ze starszych aktywnych jeszcze route setterów. Zawsze ciekawie jest wysłuchać relacji z pierwszej ręki od osób, które uczestniczyły w początkach wspinaczki sportowej, takiej jaką widzimy aktualnie na zawodach. W czasach kiedy co dzień w internecie pojawia się co najmniej kilka „najlepszych” scen wspinaczkowych „ever”, dobrze nabrać dystansu do rzeczywistości i usłyszeć, że najpiękniejszy moment w zawodach wspinaczkowych miał miejsce w 86’roku w Bardonecchi kiedy to Patric Edlinger jako jedyny skończył drogę finałową. Co ważne ta droga finałowa ponoć się jeszcze ostała i można spróbować na niej swoich sił (więcej w temacie tutaj). I tak na marginesie Alberto kazał pozdrowić dawnego współtowarzysza zawodów – Piotr Korczaka :).

Edlinger

Po przyjeździe do Chamonix upały dawały się już mocno we znaki. Ciekawe, że kiedy w zeszłym roku pracowaliśmy momentami w puchówkach, tak tym razem już o 10 rano, nawet w cieniu, trudno było się zebrać do wspinania. Jedno jednak się nie zmieniło – jak dla mnie zawody w Chamonix niosą zawsze element zaskoczenia czy niespodzianki. W tym roku byliśmy dobrze przygotowani do pracy, mieliśmy super zespół i choć zawsze można mieć więcej chwytów i struktur to dzięki wsparciu Laurent Laporte (Cheeta holds) mogliśmy w miarę spokojnie postarać się o realizację założonego planu. Ten natomiast zakładał że w finałowej rundzie chcemy mieć zawodników blisko topu – nie jednego ale kilku. Takie decyzje muszą wiązać się z podniesionym ciśnieniem tuż przed startem pierwszego zawodnika ale dlaczego do cholery w Chamonix zawsze musi to być stan przedzawałowy!!! :)

Kiedy swój „marsz” po drodze finałowej zaczął Sebastian Halenke przed oczami stanęły mi ostatnie dwa finały w Chamonix i pomyślałem, że nie ma opcji i po tym roku zakończę pracę łysy. Przed każdą rundą po głowach za każdym razem krążą nam pytania: czy drogi nie są za łatwe, za trudne, zbyt skomplikowane itd. Tak musi być, to trochę specyfika pracy. Można być natomiast bardziej lub mniej pewnym co do jej efektu. A jak być pewnym czegokolwiek, kiedy pierwszy finalista (czy zazwyczaj najgorszy po półfinałach), do tego nie stawiany w roli faworyta, dochodzi na dwa ruchy od topu. Po starcie Sebastiana przed oczami stanęła nam wizja 6 topów. Pod sceną zostałem sam… Laurent powiedział, że nie może tego oglądać i poszedł się schować za naszą”budką” z chwytami. Znam to miejsce doskonale – z tej perspektywy „oglądałem” zeszłoroczne finały. Tym razem jednak postanowiłem stawić czoła wydawało się „nieuchronnej” porażce. Na nic zdawały się dobre słowa sędziów i znajomych, którzy próbowali przekonać mnie, że Niemiec wspinał się świetnie i że „to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy„. Następny w kolejce był Ramonet, i choć popełnił na dole błędy które powinny go zrzucić z drogi, spada dotykając topu. Blednę coraz mocniej, tradycyjnie staram się chować twarz w rękach i zaczynam żałować że nie mam ze  sobą szamponu „Samson”, bo przynajmniej z tym wyrwaniem włosów byłoby łatwiej.StachSytuację trochę ratuje pozycja lotu Hiszpana. Dawno nie widziałem żeby wspinacz podczas lotu skierowany był twarzą do ziemi niczym BASE jumper.

„(…)I wybucha rzecz z gatunku rzeczy niewidzianych, nawet przez najbardziej doświadczoną kierowniczkę zmiany(…)” cytując wyżej wspomnianych artystów – zaczyna się festiwal. Gisholfi się ślizga, Ondra nie mniej, Shubert się plącze, Supper męczy, Desgranges spala, a Fakirianov… trudno powiedzieć, tak mocno wszystko pochrzanił. Niesamowite, choć tego właśnie oczekiwaliśmy po drodze, to jednak trudno nam w to uwierzyć! Pierwszy akt kończy się, jak to zwykł mawiać znajomy, „ślubem”. Podskakujemy i śmiejemy się jak hobbici we Władcy Pierścieni (wiem wstyd się przyznać). Przed nami jeszcze druga odsłona „dramatu” czyli droga żeńska. Emocje jednak już opadły. Choć widać, że może być ciepło i wizja kilku topów staje się coraz bardziej realna, wiemy że nie będzie klęski. Ponoć nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody ale wspominam rok 2011 i 4 topy na żeńskim finale, czyli 4 pierwsze miejsca. Jednak tym razem sytuacja nie mogła się powtórzyć. I wyszło… może o jeden top za wiele, ale jak dla mnie super.

Po zawodach zostałem jeszcze na dwa dni w okolicy Chamonix. Najpierw przeszliśmy się z Karolą na wycieczkę nad Lac Vert, a potem jeszcze tego samego popołudnia spotkałem się z Maćkiem pod kolejką Montenvers i ostatnim tramwajem udaliśmy się w stronę Mer de Glace. Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowane wspinanie na Aiguille du Moine. Wieczorem podeszliśmy w okolice drogi (czytaj godzinę podejścia od startu), a rano szybko podeszliśmy pod ścianę i wspięliśmy się OS do ostatniego wyciągu wycenionego na 8a. Działaliśmy raczej sprawnie bo w razie opóźnienia wisiało nad nami widmo spóźnienia się na ostatnią kolejkę, a oprócz zjazdów czekało nas jeszcze 3 godziny schodzenia. Startową płytkę przeszedłem kilka razy mocniej zaciskając zęby. Wiedziałem niestety, że to bula nad nią będzie stanowiła kluczowe trudnosci. Nie spodziewałem się tylko, że nawet po eleganckim „bloku” nie będę w stanie odczytać sekwencji i znaleźć brakującego mi chwytu. Szczęśliwie szczyt był blisko (5 metrów wyżej) a z niego rozpościerał się piękny widok na Grandes Jorasses. Szybko zrobiliśmy sobie słodkie „selfie” i ruszyliśmy z kopyta na dół. Podsumowując wspinanie było piękne (szkoda tego boulderu na koniec bo reszta bardzo równa i ładna), widoki również, tylko stosunek chodzenia do tego wszystkiego jest raczej niekorzystny… Niekorzystny dla nóg.

P7141381

Kolejnego dnia wreszcie odpoczywałem, bo zaraz potem musiałem być znowu w Briancon. O wiele lepiej się jednak działa na zawodach, kiedy ma się w bagażu chociaż jedną ich edycję. Moim zadaniem było przekazanie zespołowi odczuć co do trudności i stylu w jakim układaliśmy drogi w Chamonix i porównać to do Briancon. Łatwo nie było bo jak wspomniałem wcześniej materiał do pracy mieliśmy skrajnie inny, ale wiedzieliśmy też, że w Briancon zawody polegają zazwyczaj na czymś innym. Nie odbyło się oczywiście bez stresujących momentów. Panowie w finale slizgali się jak przysłowiowa krowa na łyżwach. Dla zabawy zachęcam do przeliczenia na filmie z powtórką – ile razy poślizgnęli się finaliści zawodów w Briancon… Śmiało ja się nie obrażę.

Skrót filmowy z Briancon.

A tutaj z Chamonix.

Tak czy inaczej „znowu się udało”. Teraz czeka mnie krótka wizyta na północy a za niecałe dwa tygodnie spotykamy się w Katowicach na Akademickich Mistrzostwach Europy. Też będzie gorąco bo swój start zapowiedziało kilku wyborowych zawodników. Ale jesteśmy na to gotowi, mamy dla nich doborowy skład konstruktorów dróg:). Tym bardziej, choć „z pewną taką nieśmiałością”, zapraszam serdecznie do Katowic i Sosnowca.

Powodzenia

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*