Dzień 3

Po dniu, po nocy, po pracy i przed wspinaniem.

Trudność. Tak kiedyś nazywała się ta dyscyplina prawda. Nazwa całkiem adekwatna – przy najmniej z mojej perspektywy i wczorajszego doświadczenia.

Po kolei. Rano odbyły się półfinały. Wśród kobiet jako pierwsza wystartowała Mathilde Burmagne z Belgii. Zaszła bardzo wysoko i choć widziałem jaki błąd popełniła w eliminacjach i wiem o tym, że nie raz była w finale Pucharu Świata, pomyślałem sobie, że stawka finalistek może się okazać zaskakująco duża. Szczęśliwie (dla jednych bardziej dla innych mniej) drogi okazały się wystarczająco trudne żeby wyłonić 8 najlepszych. Nie odbyło się jednak bez niespodzianek.

Największą z nich był niesamowity występ młodego mistrza Rosji we wspinaniu. Dimiti Fakiryanov przeszedł drogę półfinałową z dużym spokojem i zapasem. Tam gdzie „najlepsi” ewidentnie łapali zadyszkę i łokcie szły im do góry, on jeszcze magnezjował. Nie ukrywam zresztą, że finał męski utrudniliśmy z uwagi na to co w półfinale pokazał właśnie Dima. Może trochę zbyt ryzykownie, ale po tym co widziałem wcześniej, chciałem sprawdzić na ile stać młodego Rosjanina. Po raz kolejny okazało się, że doświadczenie w starcie na zawodach odgrywa ogromną rolę. Ale o tym zaraz.

U kobiet świetnym występem może nie zaskoczyła, ale na pewno ucieszyła Magdalena Rock. Nastawialiśmy się na to, że team Austriacki będzie mocny, nie wiedzieliśmy tylko, kto w nim przodował. Johanna Ernst odpadła zaskakująco nisko, tymczasem Magda skończyła drogę z większym spokojem niż faworytka zawodów Mina Markovic.

Generalnie wydaje mi się, że półfinały wyszły dobrze. Najlepsi zaszli do topów, a pozostała 6 finalistów miała szanse zawalczyć o możliwie najlepszą pozycję startową w decydującej fazie zawodów.

Finały w Chamonix to za każdym razem wielki festyn wspinaczkowy. Na Plac du Mont Blanc schodzi się kilka jeśli nie kilkanaście tysięcy osób i nie zależnie od pogody wszyscy żywo dopingują wspinających się. Publiczność przychodzi między innymi po to żeby oglądać „swoich”. A w stawce finalistów zawsze znajduje się jeden Chamoniard – Romain Degranges. W ostatnich latach nie stawał na podium zawodów rozgrywanych „w domu”. Tym razem się udało. Romain wreszcie zawalczył na drodze, nie popełnił żadnego większego błędu i chyba uwierzył, że może. Dlaczego piszę o tym na początku. Bo chyba ten występ i wynik uratował wieczór. Nie było bardzo źle, ale na pewno brakowało tego, żeby zawodnicy zachodzili blisko końca drogi, a nie spadali najdalej w trzech czwartych. Niestety. Po pierwsze drogi były za trudne. Jak pisałem wcześniej, u mężczyzn spodziewaliśmy się o wiele lepszego występu Dimitri i Ramona, a u kobiet niestety musieliśmy podjąć ryzyko utrudnienia drogi, która poziomem była zbyt blisko półfinału. Zaraz jak tylko zaszło słońce, ochłodziło się i zmieniły się warunki do startów. Na chwytach osiadła wilgoć, i wyraźnie na obu drogach zawodnicy mieli problem żeby poruszać się szybko i pewnie, i nie jeden start zakończył się poślizgnięciem. Obie drogi były „szybkie” i nie pozostawiały zbyt wiele miejsca na magnezjowanie, czy odpoczynek, takie było założenie. Niestety nie braliśmy pod uwagę tego że warunki mogą się tak zdecydowanie zmienić.

Na koniec wyglądało na to, jakby były to przede wszystkim finały błędów. Oczywiście zwycięzcy zasłużenie stanęli na najwyższym podium. Jednak to co działo się dookoła nie raz kompletnie mnie zaskoczyło. Cedric Lachat podczas obserwacji oglądał nie swoją drogę. Wspomniany wyżej Dimitri wspinał się jakby nie pamiętał startu z pół finału i nie wiedział, że jest w tym dobry. Dobrze że nie zapomniała o tym jego siostra (proszę poprawcie mnie jakbym się mylił), która wygrała rywalizację kobiet. Manuel Romain zapomniał się wpiąć i musiał się zatrzymać w bardzo nie wygodnej pozycji. Mina Markovic w dachu z nieznanych przyczyn utrudniła sobie drogę tak mocno że w połowie drogi zabrakło jej sił. Poślizgnęli się Ramonet, Magdalena, Evegnia. Inaczej mówiąc na 16’tu finalistów prawie połowa popełniła błąd. Nie to, żebym sam ich nie popełniał (nie czuję, że wykonałem super robotę), ale widać że jest to dopiero początek sezonu. W finale zawodnikom wyraźnie brakowało obycia, rutyny, które nabywają dalej w sezonie. Ale z drugiej strony Chamonix zawsze otwierało Puchar Świata, więc nie powinno to być dla nas zbyt dużym zaskoczeniem. Chyba po prostu przestraszyliśmy się poziomu i trochę zbyt wiele chcieliśmy oczekiwać.

Za tydzień kolejne zawody – w Briancon. Szefem tam jest Jan Zbranek, dobry znajomy z Pragi. Przed pracą w Chamonix układałem na nie półfinały i finały. Na razie jednak mam 4 dni w Chamonix, które chcę wykorzystać na wspinanie. Dzisiaj na spokojnie chyba na boulderach albo w skałkach ale jutro chcemy jechać z Mackiem gdzieś do góry. Gdzie jeszcze chyba do końca nie wiemy, ale na pewno nie „za wysoko”. Bo choć bardzo chcę się wreszcie powspinać w górach, to jeszcze ani razu nie prowadziłem na własnej po wypadku. Nie sądzę żeby był to problem, ale na pewno będę uważny.

Pozdrowienia i do usłyszenia

Adam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*