
Przyszła pora żeby pożegnać się z Chamonix. Po ponad dwóch tygodniach na miejscu, z okresami dobrej pogody i okresami absolutnej zlewy nadjechał niebieski van, który zabierze mnie dalej w świat.
Zaraz po zawodach… nie wspinaliśmy się. Nie będę tłumaczył dlaczego, ale można przyjąć że pogoda była zła. Dzień później razem z Maćkiem Ciesielskim wjechaliśmy na Aguille du Midi. Plan zakładał pozostanie na miejscu co najmniej dwa dni. Według wszystkich prognoz dobra pogoda miała utrzymać się dokładnie dwie doby. Następnie zapowiadane było załamanie pogodowe, porównywane z powrotem zimy na Valle Blanche.
Po wylądowaniu na stacji kolejki Aguille du Midi (inaczej nie mogę tego nazwać, bo miejsce to jest równie abstrakcyjne jak stacja kosmiczna), ustawiliśmy się w kolejce do zejścia na Valle Blanche. Związany liną z Maćkiem mogłem się poczuć całkiem swojsko w tym rządku osób schodzących na lodowiec. W końcu tak samo jak i większość z nich szedłem pod okiem „przewodnika”.
Rozbiliśmy namiot, ułożyliśmy sprzęt i na pierwsze wspinanie ruszyliśmy pod… trudno nie zgadnąć Aguille du Midi. Jeszcze w zejściu na lodowiec wypatrzyłem w górnej części ściany formację, przez środek której przechodziła idealna rysa. Bardzo chciałem żebyśmy akurat tą rysą kończyli swoją drogę. Jak na życzenie okazało się że nasz wybór, czyli Super Dupont pokrywa się właśnie z tą linią. Nie będę opisywał wyciągu po wyciągu, tym bardziej że część z nich łączyliśmy. Grunt że było naprawdę bardzo miło, świeciło słońce, droga była bardzo ładna a humory nam dopisywały. Na górę wspięliśmy się dość szybko, a zjechaliśmy jeszcze szybciej. Inaczej mówiąc zostało nam dużo czasu do zagospodarowania. Wpierw spróbowaliśmy się w wbić w drogę w „sektorze” obok, czyli na Eperon des Cosmiques. Zniechęceni słabą jakością skały na starcie, przenieśliśmy się jednak z powrotem w sprawdzone miejsce z zamiarem siłowania się z Ma Dalton. Drogę, której kluczowy wyciąg prowadzi rysą na ręce przez środek dachu. Jak można było się tego spodziewać, polegliśmy w dachu i po długich kombinacjach z likwidacją przelotów, wróciliśmy na obiad do namiotu.
W nocy było zimno. Taki smutny fakt. Mieliśmy wstać z samego rana i ruszyć pod Grand Capucin. Obudziliśmy się o dobrej porze, zjedliśmy też dość szybko ale… padliśmy w objęcia morfeusza przy gotowaniu herbaty. Koniec końców z namiotu wyszliśmy po siódmej i dopiero przy grzejącym słońcu ruszyliśmy się wspinać.
Plan alternatywny zakładał drogę na Filarze Trzech Punktów, ale z powodu wiszących po boku od podstawy ściany dwóch masywnych seraków, odpuściliśmy go sobie. Wybór padł na Pointe Adolphe Rey. Ścianę tuż przed „Kapucynem”, sporo krótszą ale z wyraźną rysową linią przez środek. Jak dzień wcześniej: ustaliliśmy, że to jest super linia i na siłę dopasowaliśmy schemat drogi którą mieliśmy robić, do tego co naprawdę nam się spodobało. Już na drugim wyciągu okazało się, że 6a jest trochę nietypowo trudne, a te stanowiska obok prowadzą jakby łatwiejszym terenem. Linia była jednak super i nie było co zmieniać planów. Maciek przewalczył co później się okazało połączeniem dwóch wyciągów za 6c. Ja przebiłem się przez okap za 7a, który według nas miał mieć 5c. Generalnie bawiliśmy się przednie tym bardziej że droga, którą jest wyjątkowo estetyczna i czysta. O ile na Aguille du Midi do asekuracji oprócz ekspresów potrzebowaliśmy zaledwie kilku mechaników, tak tutaj każdy z pierwszych 5 wyciągów nie miał ani jednego stałego przelotu (stanowiska były natomiast gotowe), i wszystko zakładało się „z ręki”. Cholernie ładne wspinanie i jak dla mnie mocno przypominające to z El Capa.
Po 5 wyciągach doszliśmy do końca naszej drogi ale nie końca ściany. W związku z tym połączyliśmy się z linią spitów po lewo, i po kolejnych trzech, tym razem już bardziej płytowych wyciągach, „zatopowaliśmy”. Później nastąpił bieg do domu…
Ponieważ Lolek został na dole na campie, chcieliśmy jeszcze tego samego dnia zjechać do Chamonix. Tym bardziej że zarówno prognozy, jak i chmury rodem z Patagonii przepowiadały masakrę na następny dzień. Pośpiech był wskazany, choć obaj raczej wątpiliśmy w to czy powrót ze szczytu w 3 godziny do kolejki na Aguille du Midi, z pakowaniem namiotu po drodze jest możliwy. Okazało się że jest. Zjazdy zajęły nam 20 minut. Powrót spod ściany do namiotu godzinę z hakiem. A stamtąd na kolejkę już tylko niecałe 40 minut. Ale wszyscy byli szczęśliwi – z Lolkiem na czele.
Następne dni to tzw. Pogoda w kratkę. Tylko, że taką „gęstą”. Generalnie częściej lało niż dawaliśmy radę się powspinać. Jest czwartek a od niedzieli dwa razy byliśmy w skałach. Raz w Bionassay – albo jak to mówili Belgowie „Beoynce”. Swoją drogą bardzo fajny mały rejon sportowy w Valle de l’Arve. Taka mieszanina wapienia z gnejsem i domieszką czegoś jeszcze. Drugi raz bulderowaliśmy z lokalnym Chamoniard – Pawłem. Było super miło i wielkie podziękowania za gościnę i ekstra czas.
Wczoraj przyjechał Nico i dziś pora ruszać drogę. Plany się zmieniły – z różnych względów. Jedziemy do Picos de Europa z pomysłem na otwarcie nowej drogi. Co z tego wyjdzie zobaczymy. Ruszamy po południu .
Do usłyszenia
PS: Poniżej znajdziecie drogi które robiliśmy – cyfra to podstawaJ
Na Aguille du Midi:
- Super Dupont ED 7b, 160m.
Na Pointe Adolphe Rey:
- Coup de Foudre ED 7a, 160m + Total Plook 3 wyciągi 6b,6b,6c+



















