Tak przynajmniej wygląda stan na dzień dzisiejszy. Spróbowaliśmy się wspiąć i dostaliśmy solidnie w dupę. Ale nie poddajemy się.
Więc jak wyglądała nasza epopeja? Od wtorku zaczęły dochodzić do nas informacje o tym, że pogoda ma się lekko poprawić. Najlepszym dniem miał być czwartek. W środę przed 20 zebraliśmy się z Rio Blanco, a w naszej skromnej jamie na Paso Superior byliśmy trochę przed 23. Było nietypowo ciepło i wiał ciepły wiatr. Ponieważ dzień wcześniej przebijało się dość dużo słońca, które skutecznie oczyściło ściany ze śniegu zdecydowaliśmy, że pójdziemy na Red Pillar na Mermozie. Zresztą z takimi zamiarami nosiliśmy się już przed wyjazdem, tylko wcześniejsze dobre warunki śniegowe skłaniały nas przez chwile na jakiś „lodową” drogę .
Z jamy wyszliśmy pewnie koło godziny 4. Było bezchmurne niebo i mogliśmy podziwiać piękny wschód słońca. Wiatr prawie zupełnie ucichł i zapowiadał się naprawdę dobry dzień. Zanim doszliśmy pod ścianę i przebiliśmy się przez 200 metrów śniegu minęło pewnie nie więcej niż 3 godziny. Kiedy zaczęliśmy się wspinać pogoda zaczęła się zmieniać. Najpierw pojawił się wiatr. Po pierwszych 4 wyciągach (w tym dwa najtrudniejsze za 5.12-) chmury zasłoniły słońce i zaczęło lekko prószyć. Do tej pory mimo, że nie wspinaliśmy się w najlepszych warunkach, skała pozostawała czysta. 5 wyciąg przypadł Sławkowi. Przez całą jego długość musiał przebijać się przez lód, który zalał całkowicie rysę. Po długiej, ale udanej walce, ze zmasakrowaną na rękach skórą, zmienił się na prowadzeniu z Jurkiem. W tym momencie śnieg zamienił się w deszcz. W połowie 6 wyciągu lało już na tyle mocno, że o wspinaniu dalej można było zapomnieć, a trzeba było zabrać się za zjazdy.
Wycof nie zajął nam jakoś bardzo dużo czasu, ale wystarczająco, żebyśmy na lodowcu wylądowali kompletnie przemoczeni. Podczas zjazdu lina zaklinowała się co prawda tylko raz, ale byliśmy już dość mocno zmęczeni wspinaniem, wiatrem i deszczem. Przez kolejną godzinę wracaliśmy na Paso w śniegu po jaja. Od czasu do czasu przystawaliśmy. Skłaniały nas do tego lekkie aczkolwiek stanowcze podmuchy wiatru. O 17 staliśmy wreszcie u stóp naszej jaskini. Kompletnie przemoczeni i zmęczeni. Po 3 godzinach Juras zdecydowanie wypchnął nas do powrotu do Rio Blanco. Ze stropu jamy woda skraplała się coraz mocniej, żadne z ubrań nie miało szansy wyschnąć, a od dalszego siedzenia w bezruchu sił raczej nie przybywało.
Tu w zasadzie kończy się nasza historia z czwartkowego wspinania. Z Paso do campu doszliśmy w ok. 2 godziny. Całą drogę lało i wiało. Pogoda się znowu ustabilizowała.
Odpoczeliśmy i mieliśmy dziś znowu iść na górę. Prognozy na poniedziałek były dość dobre. Miało co prawda wiać dość mocno, ale przynajmniej bez opadów. Prognozy jednak wskazują, że i jutro ma być kiepsko także nie wiadomo co dalej będzie sie działo. Tak czy inaczej będziemy czuwać

:)
Pozdrowienia i do usłyszenia








Admin