Znowu się udało:)
Inaczej nie mogę tego określić, ponieważ do końca nie byłem pewien, czy dam radę…

Idealne warunki na pierwszym wyciągu. fot. tony cappucino
Łatwo nie było. Czasu tyle, co kot napłakał, pogoda zapowiadała się w kratkę. Jedynie ekipa dopisała od samego początku:)
Pierwsze przejście w zespole z Piotrkiem Żuchowskim, to dość korzystna dla nas pomyłka. Zamiast rozruszać się na Intifada VIII+, wbiliśmy się w Lilith IX+ (9 wyciągów). Nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że zorientowaliśmy się dopiero na przedostatnim wyciągu. Drogę dokończyliśmy i gdyby nie poślizgnięcie na wyciągu za VIII+, zrobilibyśmy ją nawet w OS’ie.
I po tym miłym akcencie, należało wziąć się do roboty :)
Pierwszy dzień prób na Silberger i… pogorszenie pogody, zmuszające nas do przełożenia prób o jeden dzień. Do dyspozycji zostały nam tylko dwa terminy: czwartek i sobota. O ile na pierwszy z nich przewidywano dobre prognozy, o tyle drugi nie był już tak pewny.

Długi trawers na drugim wyciągu fot. tony cappucino

I jego końcówka. fot. tony cappucino
Na szczęście, czwartek okazał się być idealny do wspinania. Cały dzień świeciło słońce i nie było zbyt wilgotno. Czułem się dobrze, wspinałem efektywnie i bardzo uważnie. Oprócz rozgrzewkowej próby na pierwszym wyciągu, do 5 długości liny nie odpadłem ani razu. Był to swojego rodzaju plan minimum, i już sama jego realizacja dodała mi dużo pewności siebie. Kluczowy wyciąg nie przyszedł jednak łatwo. Zrobiłem go dopiero za czwarta przystawką co dodało przejściu lekki dreszczyk emocji. Za pierwszą przystawką wyślizgnąłem się w trudnościach. Czułem jednak, że powinienem być w stanie go zrobić. Za drugim razem przeszedłem kluczowy odcinek, ale tym razem noga wyjechała mi tuż po nim. Za trzecim razem odpadłem znowu w najtrudniejszym miejscu. Trzy próby na najważniejszym wyciągu, to było o raz za dużo. Zacząłem się lekko stresować, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że przejście całej drogi tego dnia zaczyna się coraz szybciej oddalać. Świadomość, że czasu jest mało, a pogoda na następne dni nie była zbyt pewna, sprawiała, że czułem się jeszcze gorzej. Przy czwartej próbie, przeszedłem trudności. Ostatni wyciąg zrobiłem za drugim razem. Przy zjazdowym trząsłem się jak galareta. Jeszcze przy wpinaniu do ostatniego spita, cały w lekkich dygotach, bałem się, że odpadnę i moje marzenie pęknie jak mydlana bańka.

Najtrudniejszy wyciąg... choć nie wygląda:) fot. tony capuccino
Nie ukrywam, że jestem bardzo szczęśliwy z przejścia tej drogi. Było to dla mnie spore wyzwanie, i do końca nie byłem pewien czy dam sobie z nim radę. Jednocześnie wokół realizacji tego projektu skupiło się wiele osób, które niezwykle mi w nim pomogły. Począwszy od Piotrka, który cierpliwie przemałpował całą drogę; przez firmę Robokop z Kubą na czele, która użyczyła nam swojego wozu, po dzielnego fotografa tony cappuccino; wesołą kompaniję :) tam; kończąc na tych, co tu kciuki trzymali. Dziękuję wszystkim za wsparcie i mam nadzieję że jeszcze co najmniej raz w tym roku będziemy mieli okazję do świętowania.

hmm... beforeparty? fot. tony cappucino
A to jeszcze dwie drogi, które udało nam się przejść poza Silbergeier i Lilith.
- Amarcorde IX- (9 wyciągów)
- Little Joe VII (6 wyciągów)










szynaaa
sitek