W zasadzie to wpis chciałem nazwać „po balu” ale okoliczności zmieniły się na tyle że…
Do Polski wróciłem już prawie dwa tygodnie temu. Nie chciałbym za bardzo tłumaczyć dlaczego wpis pojawia się tak późno. Wiele obowiązków spowodowało, że dopiero teraz znalazła się chwila na relację z tego co działo się w Ratikonie.

3 wycig (8a) (fot.J.L.Wertz)
Po dniu odpoczynkowym wracamy z Nico do naszej „bazy wysuniętej” tylko po to żeby następnego dnia obudzić się w zupełnej zlewie. Zamiast wbić się w drogę robimy sobie pieszą wycieczkę połączoną z elementami dupozjazdu na śniegu i poznajemy okolicę. Po południu pogoda rozpogadza się na tyle żeby droga wyschła. Pozwala to nam wierzyć, że w piątek będziemy mieli szansę na dobrą próbę.
Nad ranem dojeżdża do nas Jean Louis, znajomy fotograf Nico. Mimo porannego zamieszania pod drogą stawiamy się dość wcześnie i pełni spręża rozgrzewamy się na pierwszym wyciągu. Jak już pisałem jest to jedyny naprawdę wytrzymałościowy wyciąg z całej drogi. Wiem że jeżeli nie zrobię go za pierwszym razem szanse na powodzenie na całej drodze zdecydowanie maleją. Każda kolejna próba kosztuje mnie zbyt wiele sił i skóry. Jednocześnie mam pełną świadomość tego że muszę zawalczyć mocno bo przejście go w ciągu nie przyjdzie mi łatwo. Ponieważ Nico już go poprowadził teraz jest moja kolej. Spinam się i udaje się. Wpinam się do pierwszego stanowiska zadowolony i pełen optymizmu, choć wskazujący palec lewej ręki boleśnie krwawi. Jak na razie jeszcze mnie to nie martwi. Problem pojawia się dopiero kiedy spadam po głupim błędzie pod koniec drugiego wyciągu. Wracam na stanowisko i rozpoczynam zabawę od nowa. Małe krawądki bolą dwa razy bardziej i buła zaczyna szybciej się męczyć. Tym razem się udaje, ale palec lewej ręki wygląda jakby ktoś katował mnie z użyciem żyletki.

Typowa pogoda - Nico na 3 wyciągu (fot.J.L.Wertz)
Trzeci wyciąg wyceniony na 8a+ zaczynam ciągle lekko zmęczony. Pierwszy raz spadam po trudnościach. Przy okazji rozcinam sobie skórę na drugim palcu, czego na wstępie nie czuję za bardzo bo nachodzą na nas chmury i robi się zimno. Przed przekazaniem prowadzenia jeszcze raz wstawiam się w trudności a następnie z czystym sumieniem i spompowaną bułą przewiązuję końcówki lin z Nico. On jak do tej pory wygląda na świeżego i mimo chyba kilkunastu prób na startowych trudnościach wyciągu kończy go. Zmęczony niczym koń po wyścigach, nawet na drugiego nie daję rady temu 8a+ i dla osłody prowadzę najłatwiejszy (7a+) wyciąg całej drogi. Dalej pierwsze i w sumie jedyne skrzypce gra Nico. Łącznie za drugą przystawka prowadzi najtrudniejszy piąty wyciąg. Następnie już w bardzo kiepskich warunkach, bo przy lekkiej mżawce i w gęstych chmurach kończy drogę. U podstawy ściany jesteśmy koło 22, na parkingu tuż przed 23. Był to długi dzień i dla Nico należą się za niego brawa, a dla mnie trzy dni odpoczynku, na zebranie sił i wyleczenie mocno zniszczonej skóry.

2 wyciąg - jak widać kluczem są silne ręce:) (fot.J.L.Wertz)
Na sobotę i niedzielę przypadają dwa najładniejsze dni naszego pobytu w Ratikonie. Dla poprawy humoru, i żeby cokolwiek się działo w niedziele robimy 17 wyciągową VIII+. Restowanie z powodu braku skóry jest niezmiernie frustrujące. Szczególnie kiedy obserwuje się, jak pogoda systematycznie się pogarsza. W poniedziałek całą noc do rana leje, ale już o 10 wychodzi słońce i szybko suszy całą ścianę. Niestety kolej ostatniej próby przypada na wtorek. Spokojnie przeczekujemy tym razem dobrą pogodę, tylko po to żeby w nocy być świadkami burzy, która przeciąga się do wtorkowego południa.
Pozostają nam dwie opcje. Zabrać swoje zabawki i opuścić plac zabaw, albo próbować do samego końca. Problem polega na tym że nasz „obóz” musimy opuścić najpóźniej następnego dnia o 10 rano. Rozważamy różne scenariusze z czego ręce i nogi wydają się mieć tylko dwa. Pierwszy zakłada akcję w tym czasie, który pozostaje nam do końca dnia, i w razie nie ukończenia drogi biwak na jedynej półce przed 5 wyciągiem. Drugi konstruujemy na wypadek dalszych opadów i ma on polegać na wyjściu z samochodu o 3 rano i rozpoczęciu wspinania o jakiejś 5. Szczęśliwie tuz przed 15 chmury na chwilę się rozbijają i skuszeni widokiem mniej więcej suchej ściany szybko ruszamy do góry. Pierwszy wyciąg jest nadal lekko mokry, ale nie niemożliwy do zrobienia. Pozostaje tylko przejść go bez odpadnięcia. To że udało się go pokonać zeszłym razem daje mi pewien komfort psychiczny, ale nadal czuję się mocno spięty i na pierwszej próbie spadam pod koniec pierwszego cruxu. Czuję jak moje szanse maleją w oka mgnieniu. Trzeba się szybko zebrać w sobie i oddać kolejną próbę. Tłumaczę sobie że jeszcze wszystko jest możliwe i przecież szykowałem się właśnie na tą chwilę. Przy kolejnej próbie spadam w tym samym miejscu… Nagle wszystkie problemy stają się błahe w obliczu tej nieudanej próby. Znowu pozostają mi tyko myśli o tym, że to w końcu przecież ten moment. Zjeżdżam na ziemię, odpoczywam i wstawiam się jeszcze raz. Tym razem spadam pół ruchu wyżej…
Na pocieszenie pozostaje mi zrobienie w ciągu felernego wyciągu za 8a+ i dwie przystawki na rozpatentowanie piątej kluczowej długości drogi. Zjazdy zaczynamy grubo po 22, a ja już w głowie staram się połączyć różne elementy, tak żeby jak najszybciej wrócić.
Rzeczywistość okazuje się tym czasem o wiele bardziej przyjazna niż mi się to wydawało. Co prawda po powrocie do Polski na koncie wcale nie mam więcej pieniędzy, ale z ogromną pomocą przyjaciół szybko zbieramy grupę na kolejny wyjazd i organizujemy środek transportu. „W słusznej sprawie” pożyczamy od zaprzyjaźnionej firmy minivana i za dwa tygodnie ruszamy z powrotem do Ratikonu.

Ostatnie przystawki (fot.J.L.Wertz)
Wielki podziękowania należą się wszystkim, którzy mocno trzymali kciuki i którzy dalej wieżą w sensowność tego projektu. Dziękuję wam bardzo.
Pozdrowienia
Wszystkich zainteresowanych resztą zdjęć Jean Louis zapraszam na jego stronę internetową: http://www.jlwertz.be/photos/sport/silbergeier/








sitek